Co słychać u kwantowej rodziny?

O kwantowej rodzinie


Wśród absolwentów oraz sympatyków Metody Dwupunktowej od dawna przyjęło się określenie "kwantowa rodzina", w którą wpisują się wszystkie osoby praktykujące dwupunkt i wspierające się wzajemnie w procesie kwantowej transformacji. Na chwilę obecną są to tysiące osób w Polsce oraz za granicą. Gromadzą się na forach, nawiązują przyjaźnie, spotykają się i dzielą swoimi historiami z innymi członkami społeczności. Otwarcie i chętnie opisują swoje czasem odrobinę zwariowane przygody, pozytywne rozwiązania dręczących problemów czy spontaniczne, może nawet cudowne, wyzdrowienia. 
Tu znajdą miejsce te opowieści, którymi sami zechcecie się podzielić z innymi. Niech będą inspiracją dla koleżanek i kolegów przechodzących przez własne procesy. 
Sprawiajmy radość sobie nawzajem i dzielmy się pięknem, którego doświadczamy. 
Zapraszamy do lektury!

Cuda małe i duże 



Dziś postanowiłam się podzielić moimi odczuciami. Na razie wykonuję dwupunkt opierając się na jednej książce – „Fizyka cudów”. Od miesiąca wykonuję dwupunkt i odczułam nieziemskie zapachy -zapach fiołków połączony z zapachem maciejki, dyskomfort podczas jazdy samochodem, rzeczywiście czułam się nieswojo, dziwnie.
Byłam mobingowana w pracy. Niestety, jeszcze wtedy nie znałam dwupunktu. To mnie przerosło, zwolniłam się. Dwupunktowałam na wybaczenie, pewnie sobie i tej osobie. Tak się stało, nie ma we mnie żalu.
A ostatnio kolejna wizyta u ginekologa. Lekarz zgłupiał, ponieważ miał być zabieg, a tu ogromna poprawa. Jedno badanie - niedowiarek z tego lekarza. Kolejne na innym już sprzęcie, ponoć dokładniejszym, no i już nie kwalifikuję się na zabieg.
~ Betii

Umiłowani w Sercu!
Hehehe, patrzcie jak zaczął. Jak na mszy. Chcę Wam opowiedzieć historię własną. Wydarzyło się to w przededniu Wielkiego Końca Świata 2012. Moje plecy były wrakiem. Cierpiałem od roku bądź półtora. Ból był ustawiczny, promieniujący od lewego pośladka, przez lewe udo, łydkę, po kostkę lewej nogi. Nie mogłem siedzieć, mogłem tylko stać lub leżeć, trudno było mi włożyć skarpetki bądź zawiązać buty. Jazda samochodem była istną torturą, co dzień łykałem ibuprom. Słyszałem od ludzi: rwa kulszowa, dysk ci się wysunął itd. itp. Życie przybrało bardzo ponure barwy. W wieku 35 lat czułem się jak emeryt polski (nie obrażając nikogo) zgarbiony, stłamszony, zgaszony. Wreszcie, będąc w Polsce, trafiłem do neurochirurga. Pani doktor przebadała mnie i zapisała 10 przeciwzapalnych zastrzyków w pośladki. No i robiła mi Morska zastrzyki. Niestety, po zastrzykach nie było ulgi nic a nic. Któregoś październikowego wieczoru, byłem na czacie Telewizji Nowego Świata i pochwaliłem się tam moim "problemem". Znalazła się tam istota, która kryła się pod nickiem: Magnolia (Magnolio! Kocham Cię!). Istota ta wysłuchała "co mnie boli" i zaleciła, co nastepuje: Waldziu! Masz zakwaszony organizm. Od jutra nie jesz zwierząt, nie używasz cukru, nie pijesz kawy, a przede wszystkim zrobisz sobie kąpiel w wywarze z kapusty! Pamiętam, że zrobiło mi się wtedy gorąco i odklikałem Magnolii: Let it be! Niech tak się stanie! W tym samym momencie ktoś zdjął ze mnie ciężar. Ból zniknął n a t y c h m i a s t !
Tak sobie myślę dziś: co the hell się wtedy wydarzyło??? A może w świetle dzisiejszej świadomości jednak wiem? Dla mnie to jasne! Dwupunkt zawsze działa, a dostaniemy to, na co jesteśmy gotowi. Namaste Iskierki.
~ Morski

Tak wszyscy ładnie piszecie, że postanowiłam sama coś napisać. Od czasu kiedy byłam na warsztatach bardzo wiele wydarzyło się w moim życiu i długo musiałabym pisać, ale jest coś szczególnego. Odchodzą ludzie ode mnie, tzn. spokojnie wygasają nasze relacje, ale pojawiają się inni. Pojawiają się osoby, które podobnie patrzą na życie jak ja. Muszę przyznać, że bardzo mi się to podoba. Mam grono znajomych, z którymi mogę śmiało rozmawiać, bez skrępowania. Mój mąż również zaczął inaczej się zachowywać. Nawet moi synowie, którzy byli bardzo przeciwni moim czarom - teraz proszą o dwupunkt. Zmienia się cały świat wokół mnie, ale czy na pewno? A może to ja się zmieniłam?
~ Lusia

Pozwolę sobie dołączyć moje doświadczenie z dwupunktem na przyspieszenie procesu wydania nowego certyfikatu podpisu elektronicznego. Podpis jest mi potrzebny do kontaktów z ZUS i US. 22-go kończył się dwuletni certyfikat, a podpis był mi potrzebny na 25-tego (wysyłka e-deklaracji do US). Wcześniej wysłałam zapotrzebowanie i pieniądze do wystawcy. Dostałam kod odnawiający. Ponieważ byłam przekonana, że kod jest do odnowienia certyfikatu, czyli wpiszę i wygeneruje się nowy, więc spokojnie w piątek 20-tego przystąpiłam do procesu odnowienia. Podczas generowania pary kluczy podwiesił się program (a piszą na stronie Unizeto, że jak się przerwie proces to można uszkodzić kartę kryptograficzną).
Zadzwoniłam do obsługi technicznej (zwykle czynna 24 na dobę), a tu komunikat, że mają wolne. Troszkę się zbulwersowałam, ale mówię sobie, dobrze coś poradzimy. Zrobiłam dwupunkt na odwieszenie i poszłam z psem na spacer. Po powrocie - zadziałało. Wysłałam co trzeba, dostałam komunikat, że odpowiedzą po weekendzie. Miałam więc wolne do poniedziałku. W poniedziałek komunikat, że w ciągu 48 godz. odpowiedzą, a tu już 23-ci. Zrobiłam dwupunkt na przyspieszenie procesu (fala przeszła wyraźnie). Coś mnie tknęło, żeby sprawdzić jak przebiegał proces poprzednio. Wyczytałam, że chcieli skan dowodu (po 48 godzinach), więc nie czekając wysłałam ten skan. To już było o 0:30 24-go. Już szłam spać, a tu komunikat na e-mailu "aneks umowy podpisany" o 1:48!!! Zaskoczyło mnie totalnie. Ktoś w nocy czekał, żeby podpisać mój aneks . Czary. Aneks do umowy to jednak nie koniec. Na wydanie nowego certyfikatu Unizeto daje sobie 7 dni. Zrobiłam dwupunkt na przyspieszenie procesu.
Rano wyczytałam u Kinslowa, ze oczekiwanie rezultatów osłabia, a nawet wyłącza działanie SK. To już był 24-ty. Termin dostarczenia deklaracji VAT do US mija 25-tego o północy. Aha, pomyślałam, odkładamy oczekiwania na półkę i do roboty. Co się da wysłać pocztą, część deklaracji mogę dostarczyć osobiście, ale co z tymi, które muszą podpisać klienci, bo nie mam "papierowego" pełnomocnictwa ? Odpowiedzi przyszły szybko i 25-tego rano miałam to załatwione. Pracowałam dalej spokojnie (co jest bardzo istotne) szykując pozostałe deklaracje do wysyłki pocztą. Mamy blisko pocztę całodobową i w takie dni, kiedy są terminy ZUS-owskie i US-owskie zbiera się tam całkiem spore grono "prokrastynatorów". Już miałam niewiele do zrobienia, a tu o 18:58 przychodzi informacja - "certyfikat podpisu wydano".
Ależ się ucieszyłam. Kocham dwupunkt. Już nie musiałam jechać na pocztę. Do północy wszystko miałam wysłane i potwierdzone.
Certyfikat podpisu odnowiony w niecałe trzy dni!!! Niech ktoś powie, że dwupunkt nie działa.
Jest jeszcze jedna rzecz. Wcześniej w takich okolicznościach czułam spory niepokój wewnętrzny i potrzebę pośpiechu, a teraz był absolutny spokój. Praca szła sprawnie w dużym skupieniu, z absolutnym przekonaniem, że wszystko będzie zrobione na czas. To poczucie utrzymuje się nadal. Co tu duże gadać - dwupunkt działa zawsze. Pozdrawiam wszystkich kwantowo.
~ Bogusia_Niebo

Witam Kwanciki!
Moje zmiany: potwornie męczące uderzenia gorąca, aż zatrzymywało się serce, ustąpiły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i do dziś ich nie mam. Problem ze spaniem: kiedy nie mogę zasnąć, a bardzo często tak miewałam, robię dwupunkt i budzę się rano. Skutki uboczne: we śnie dwupunktuję.
Generalnie jestem osobą bardzo roztrzepaną, a teraz jestem wyciszona. Kręgosłup: skolioza szyi, piersiowego i lędźwi oraz do wymiany wszystkie dyski lędźwiowe z powodu starcia. Efekt po podłączeniu się pod pole: zaczyna mną tarmosić, wywijać, nawet nie potrafię tego nazwać. Normalnie takich ruchów nie jestem w stanie wykonać, gdy mną wykręca na wszystkie strony. Trwa to dość długo, po ustaniu potrzebuję czasu aby się połączyć, a potem mam ogromną energię, radość, witalność, prawie jak gdybym się unosiła. I tak jest za każdym razem, kiedy podłączam się pod pole do naprawiania kręgosłupa. Najważniejsze żadnego bólu kręgosłupa.
Elżbieta 35/8

Piszę o zmianach, które zauważyłam u siebie. Otóż, kiedyś podczas robienia szpagatu przeskoczyło mi coś w prawym biodrze. Ból niesamowity, to był rok 2002. Oczywiście przeszedł ból biodra, ale cały czas przy podciąganiu prawej nogi do siebie przeskakiwało mi to biodro w stawie i to tak głośno, że czasami koleżanki śmiały się, że się rozlatuję. Wczoraj podczas ćwiczeń zauważyłam, że moje biodro nie przeskakuje!!! Dzisiaj specjalnie zwróciłam uwagę podczas ćwiczeń i też mi nie przeskakiwało. Jestem taka szczęśliwa, że dwupunkt działa!!!
Jakieś trzy tygodnie temu moja wnuczka i jej trzy koleżanki brały udział w takim szkolnym "MAM TALENT". Niestety, jej grupa nie zakwalifikowała się do finału. Przyszła do domu bardzo rozgoryczona. Cały czas powtarzała, że nie umie śpiewać, że źle śpiewa. Ja starałam się ją utwierdzać w przekonaniu, że śpiewa pięknie. Nie wierzyła mi. Tego dnia wzięłam ją na kolana, bardzo mocno przytulałam do siebie i pocieszałam jak mogłam, aby uwierzyła w siebie, że ma piękny głos. I wiecie, co się stało? Moja wnusia przybiegła ze szkoły któregoś dnia mówiąc, że pani zmieniła zdanie i jej grupa weźmie udział w finale!!! W przeddzień finału zrobiłam dla niej dwupunkt i zajęła drugie miejsce. Jaka była jej radość, bo do tej pory była cały czas na nie, a teraz to się zmienia. Jestem pewna, że będzie coraz lepiej.
~ Bejse

W styczniu tego roku nic mi nie szło tak, jak bym chciała. Szukałam ratunku w Internecie i znalazłam tę metodę. Od razu zaczęłam szukać warsztatów i znalazłam. W połowie lutego pojechałam do Wrocławia. Pomyślałam: jeżeli to mi nie pomoże, to już nie wiem co będzie. Jechałam z nadzieją, że to odmieni moje życie, że to jest dokładnie to, czego szukałam. Nie myliłam się. Pierwszy dwupunkt każdy robił w swojej intencji. Ja od pół roku szukałam mieszkania i właśnie taką podałam intencję. Minęły dwa tygodnie od warsztatów i znalazłam mieszkanko!!! Dokładnie po miesiącu od warsztatów podpisywałam już akt notarialny. Dodam jeszcze, że nie miałam wystarczającej kwoty na mieszkanie, do tego właściciele nie chcieli zejść z ceny. Skończyło się tak, że zapłaciłam tyle, ile chciałam, a i brakujące pieniądze jakoś się znalazły. Teraz też czasami mam tak, że tylko pomyślę, że czegoś potrzebuję, nie robiąc nawet dwupunktu i dostaję to!
~ Słoneczko

Ten rok od warsztatów pierwszego i drugiego stopnia do warsztatów trzeciego i czwartego stopnia w Szczyrku, upłynął mi bardzo szybko. Dużo się też działo, dużo emocji, nowi ludzie, nowe sytuacje, które nie zawsze były zrozumiane od razu, lecz po paru chwilach, kiedy emocje opadały, zaczynało układać się wszystko w piękną, jedną całość. Zrozumienie i obserwacja tego, dała mi nowe spojrzenie. Była radość, były i łzy, było zrozumienie, była wściekłość, było wybaczenie i rozczarowania... Nawet się obraziłam na dwupunkt. Wstyd się przyznać, ale tak było...
Po pierwszych warsztatach miałam ochotę wszystkich ściskać, przekonywać do zmian, pomagać czasami wszystkim zapominając o sobie, czasami nawet potrzasnąć niektórymi osobami z wykrzykiem "obudź się do ch***y", ale widziałam, że to nie tędy droga... Działo się dużo, nawet powiedziałabym, że chyba na niektóre rzeczy nie byłam jeszcze do końca gotowa, lęk się wdarł i przegonił na jakiś czas...
Ale były też i dobre strony. Dzięki dwupunktowi nie spinam się już każdym "problemem", tylko wiem, że rozwiązanie przyjdzie samo, na spokojnie. Na przykład, mieszkamy za granicą, nasi rodzice, wiadomo, w kraju swym kochanym, więc potrzebujemy od czasu do czasu niani. A, że niania też musi mieć wakacje i lata do Polski, trzeba zakombinować coś z synem i zazwyczaj nam się tak udawało ze zmianami, że na ten czas wcale NIKT nie był potrzebny (nawet ze znajomych), którzy wcześniej byli proszeni. Raz się tak poukładało, że mama od Nikoli, koleżanki Mateusza, też potrzebowała pomocy w tym samym momencie, co my, więc dni też nam spasowały idealnie co do opieki nad dzieciakami, a one były przeszczęśliwe, że się jeszcze nie rozstają po przedszkolu, tylko się dalej będą bawić. Jestem z tego bardzo dumna.
Jakieś bóle głowy, menstruacyjne czy nawet ból kręgosłupa, czy nóg po maratonach u męża, znika natychmiast. Koleżanka wyleczyła się z astmy. Po dwupunkcie znikło wszystko, łącznie z alergią na koty. Cioci ból w kręgosłupie po wypadku znikł. Co prawda na jeden dzień, widocznie tak miało być, ale znikł i dała odpocząć wątrobie od silnych środków przeciwbólowych.
Po warsztatach trzeciego i czwartego stopnia było troszkę inaczej, było spokojniej, bez jakichś większych WOW, choć to też i było, zwłaszcza przy rysunku automatycznym. Polecam bardzo wszystkim.
Ale zauważyłam, że jestem jakaś taka zbyt spokojna, bez sił, bez energii i nawet dwupunktowałam w tej sprawie sobie. Ten stan się nie poprawiał, wręcz przeciwnie było jeszcze gorzej czasami. Myślę sobie, o co chodzi? Czemu mam się bardziej przyjrzeć? I wiecie co? Już wiem. Oprócz tego, że zaczęłam słuchać się tego cichego głosiku (czasem jeszcze za cicho mi szepce, bo go nie dosłyszę w warunkach ekstremalno-miastowych), którym pole chce mi coś przekazać. I wpadłam na to, że czas iść dalej, czas się realizować może gdzie indziej, może spróbować czegoś nowego, może to właśnie ta droga będzie dla mnie właściwa, może akurat tego szukam. Koniec z czekaniem na to szczęście, ale rozpoczynam realizację bycia tą szczęśliwą... I już mam plan, już mam pomysł i wiem, że jak teraz się nie odważę to…
A ostatnio takie małe coś. W zeszłym tygodniu chodziliśmy z mężem i synkiem po sklepach. Mąż stwierdził, że małemu przydałyby się nowe buty, przydały do piłki takie małe korki, on by sobie dres jakiś kupił, bo już znoszony... Weszliśmy do "Regaty". Tam zakupiliśmy synkowi kureczkę przejściową, ale jak zimy u nas nie będzie to i całą zimę w niej przechodzi. Mąż zakupił sobie swoje dresy w innym sklepie i korki dla małego do piłki. A mnie wpadła w oko taka piękna kurteczka. I co usłyszałam? „A ty nie za dużo masz tych kurtek ?” A taka ładna, czerwona. No co? Nawet przymierzyć mi nie wolno!? Szybko w myślach przewertowałam, co by tu zrobić, aby się budżetowo nie nadwyrężyć i żalu nie było. No to wygrana by się w końcu zdała w tą zdrapkę czy coś... Pomarzyłam, odłożyłam, wyszłam. Wczoraj w pracy dostałam w kopercie 132.00 euro za totka, w którego gramy w około dwadzieścia osób w pracy.  Wygraliśmy 2 323,00 euro, więc podzielili i każdemu skapnęło parę groszy na shopping. I będzie na kurteczkę i jeszcze na jakiś ciuszek. A może to dwupunkt na szczęście, który weekend na spotkaniu z dziewczynami sobie zrobiłyśmy? Najważniejsze jest to, że się zadziało.
~ Morska

Dwupunktowe grzybobranie.
Wybraliśmy się dziś z synem (lat 9) na grzyby. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu przed szkołą i dlatego nie zagłębialiśmy się zbytnio w knieje. Idziemy ładnych kilkanaście minut i nic, ino zimno i wilgotno. Zaczynam więc snuć swoją opowieść.
- Wiesz synku, zazwyczaj zbierając grzyby proszę o podpowiedź.
- Tak? A kogo pytasz?
- Las i jego mieszkańców. Do tej pory dzięcioły były mi bardzo przychylne, no i sikorki. Zawsze gdy szedłem za stukami dzięcioła, to pod drzewem, w które stukał znajdowałem grzyby. Sikorki czasem oszukiwały i wołały mnie dla draki, żeby się pośmiać, ale też często pokazywały całe stada podgrzybków. Sroki natomiast złośliwie skrzeczały do miejsc pustych lub pełnych trujaków. Można też zobaczyć lub poczuć inne znaki i stosuję do tego dwupunkt.
- To zrobimy ten dwupunkt?
- Jasne.
Małe czary mary i:
- Czujesz tato jak pachną grzyby?
- Pewnie.
- Idźmy za tym zapachem.
W niespełna pół godziny wykosiliśmy małe wiaderko podgrzybków i kani.
- Synku, co to za grzybobranie jak nie znaleźliśmy żadnego borowika?
- No właśnie tato.
- Dwupunktujemy?
- Dobra.
I wydwupunktowaliśmy pięknego borowika.
~ Krzysztof 

Mój wpis o cudzie. Mieszkam obecnie w Niemczech i użytkowanie auta w leasingu jest tutaj dość popularne. Dzisiaj musiałam oddać takie auto. Firma odbiorcza zawsze znajdzie jakieś zadrapania czy inne usterki, bo wtedy zarabia, a i pertraktacje z katalogiem dopuszczalnych błędów nie zawsze są owocne. Po wczorajszym "pucowaniu" autka okazało się, że mam parę drobnych optycznych usterek. Na wszelki wypadek zrobiłam więc dwupunkt z intencją: "Jak by to było, gdyby te wszystkie usterki były dla sprawdzającego niewidoczne".
I co się wydarzyło? Przy zdawaniu auta powitał mnie przystojny mężczyzna ze zniewalającym uśmiechem. Po prostu ciacho. Ale pomyślałam sobie: "Aśka, czekaj niech on przeprowadzi najpierw te oględziny i zobaczymy ile euro ci nastuka".
Po dziesięciu minutach zawołał mnie do siebie i powiedział: "Auto bez usterek, proszę podpisać protokół zdania i życzę miłego weekendu". No i znowu ten uśmiech na twarzy. A ja zgłupiałam...
Ku pochwale 2 pkt. Cheers.
~ Joanna B.

Myślę, że to nie cud, ale zabawnie i ciekawie było. Dzisiaj z pewną klientką dwupunktuję, rozmawiamy, ona pyta, myśli na głos: dwupunkt działa? Nie działa? Jak to jest, bo robiłam na jedno, a dostałam drugie. Ja się produkuję, a za jej kolejnym pytaniem „no to działa?” z rozmachem otwierają się drzwi do pokoju i wkracza, tak majestatycznie, z podniesionym ogonem i łbem do góry, mój kot Orion. Idzie prosto do niej, staje przed nią i patrzy jej prosto w oczy. A ona na to "Orion, jak ty utyłeś! Jaką masz sierść! Jak pięknie wyglądasz! A przecież byłeś taki chory! Dwupunkt działa!". Okazało się, że ona była u mnie ostatnio, jak Orion miał raka szczęki, a teraz, jak wiadomo, nie ma. To było rok temu. Wiecie co, kiedy wszedł do pokoju i walnął drzwiami, to poczułam jego myśli: „bosssszszeeee gada i gada! Ja muszę to załatwić…”. Ale nie uwierzyłam swoim odczuciom. Cierpliwość się kotu skończyła.
~ Adriana

Przyjechałam dziś na działkę. Pogoda całkiem ładna do "prac ziemnych" i do poczytania się nadająca. Ale u sąsiadów rozkręcała się impreza przed-przed-świętojańska. Gości coraz więcej, muzyka biesiadno-ułańska na cały regulator (urządzenie grające na wspólnym płocie), wrzaski i nawoływania coraz bardziej "procentowe", ognisko, te klimaty... No nie poczytasz nawet ze stoperami w uszach. Przed rozdziałem o bólu zrobiłam tytułowy, magiczny dwupunkt na ciszę. Doszłam do następnego o emocjach. I jak na zamówienie nadciągnęły czarne chmury. Lunęło. Towarzystwo pozbierało zabawki i zamknęło się w domu. Po pięciu minutach znów zaświeciło słoneczko. Ani śladu deszczu, ale oni już nie wyszli. Tadam!!!
~ Danusia

Moja kotka od kilku dni źle się czuła, ale nie dała się złapać i obejrzeć. Wczoraj zobaczyliśmy, że na boku ma ranę wielkości małego paznokcia, głęboką i zakrwawioną. Był wieczór, więc zrobiłam dwupunkt a dziś rano pojechaliśmy do weterynarza. Wyszłam na kocią hipochondryczkę. Szukaliśmy, szukaliśmy... śladu nie ma. Wet mnie spytał: może pani ma dwa koty i to ten drugi?
~ Ania

Finanse. Totalna klapa, sprawa, którą wygrałam przez mały błąd sędziego i nieodwołanie się mojego prawnika w terminie, kosztowało mnie stratę 10 000 zł. W totka też się nie udało. I jeszcze jakieś wezwania do zapłaty opłaconych rachunków. Ale...
Kiedyś pracowałam w Anglii. Przyszło wezwanie do zwrotu dosyć pokaźnej kwoty wskutek błędów, jakie mieli w systemach. Znajoma, której kiedyś pomogłam zakotwiczyć się w Anglii, właśnie zaczynała swoja karierę w biurze rachunkowym. Mimo, że sprawa była przeterminowana i wydawało się, że jest beznadziejna, podjęła się zadania. Miałam nadzieję tylko na umorzenie zwrotu tych kwot. Niedawno przyszła odpowiedź: pozytywna, a nawet wyrównanie - na moje konto wpłynęła równowartość moich obecnych rocznych poborów. To chyba już jest cud i to niemały jak dla mnie.
~ Kinga

Taki drobiazg, a jak cieszy. Postanowiłam się podzielić.
Kilka tygodni temu robiąc masło orzechowe, przegrzałam swój blender. W efekcie blender przestał działać. Mąż zaczął komentować, że za bardzo go przegrzałam i jest już do wyrzucenia. A ja nic. Spokojnie schowałam go na swoje miejsce. Za jakiś czas zrobiłam dwupunkt w intencji działającego blendera i puściłam temat.
Wczoraj mój mąż chciał zrobić koktajl ze świeżych truskawek. A, że ręcznie nie za bardzo mu to wychodzi, wyjął blender, postukał w niego, a ten zaczął pracować. Mąż przyszedł do mnie z kuchni i powiedział: "Naprawiłem blender!". A ja odpowiedziałam: "To dobrze" i śmiałam się sama do siebie w sercu. Dwupunkt zawsze działa.
~ Basia

Moja koleżanka doświadczyła ostatnio pasma niepowowodzeń. Jest strasznie załamana obecną sytuacją do tego stopnia, że od dłuższego czasu nie wychodziła z domu, nawet nie chciała z nikim rozmawiać. Dla mnie cudem był już fakt, że w ogóle udało mi się namówić ją na wyjście z domu, co było do tej pory wręcz niemożliwe. Intencję miałam jedną - żeby to był udany dzień, szczególnie dla niej.
Sobota. Cel: Międzyzdroje. Od szesnastu lat mieszkam w Szczecinie, ale pierwszy raz wybrałam się w tutejsze nadmorskie rejony, więc kompletnie nie wiedziałam, co mnie czeka. Na dworcu tłumy. Wcisnęłyśmy się razem z dziećmi do pociągu, ale ludzi było tak dużo, że w powietrzu brakowało tlenu. Wysiadłyśmy i pobiegłyśmy na inny peron, z którego miał jechać drugi pociąg. Też ledwo udało nam się wsiąść i ta perspektywa jazdy ze swoim i cudzym plecakiem na plecach... o nie! Zrobiłam dwupunkt i wtedy nastąpił cud - dostawili wagon! Oczywiście skorzystałyśmy, a tyle miałyśmy w nim dla siebie miejsca, że nie tylko mogłyśmy siedzieć, ale i leżeć.
Nad morzem było jeszcze bardziej tłoczno. Ludzie leżeli jeden koło drugiego niczym śledzie, od wydm aż do samego brzegu. Ale oczywiście dwupunkt i miejsce od razu się znalazło. Jedna para zrezygnowała z tak idealnego miejsca tuż nad brzegiem - oczywiście na naszą korzyść.
Poznałyśmy tam wspaniałych ludzi, z którymi mamy zamiar spotkać się za rok. Było tak przeuroczo, że postanowiłyśmy wrócić do domu późniejszym pociągiem, który jak się później okazało, nie kursował w okresie letnim, a następny był dopiero za godzinę. Byłyśmy tak zmęczone, bo upał był straszny, dzieci marudziły bez przerwy, ale na dwupunkt znalazłam jeszcze siłę. Nie muszę chyba pisać, co było dalej. Przy kasie dowiedziałyśmy się, że ten wcześniejszy ma godzinne opóźnienie - może tory były zaśnieżone J - tego nie wiem do dziś.
Do Szczecina wróciłyśmy wybitnie szybko, bo pociąg mijał wszystkie mniejsze stacje. Moja koleżanka ciągle powtarzała z niedowierzaniem, że takiego farta jeszcze nigdy w życiu nie miała, a jeździła rok temu dość często tą trasą i że to cuda jakieś są. Była tak szczęśliwa, że dała się namówić na ten wyjazd, iż postanowiła jeszcze pójść wieczorem na firmową imprezę, na którą oczywiście wcześniej się nie wybierała. A dzisiaj dzwoniła do mnie cała w skowronkach, zadowolona i znowu otwarta na ludzi.
~ Agnieszka

Muszę się z Wami podzielić natychmiast tym, co zdarzyło mi się przed godziną. Jechałam z synem samochodem przez miasto i przejechałam na czerwonym świetle. Za chwilkę usłyszałam za sobą sygnał policyjny. Zatrzymałam się. Podszedł pan policjant i bardzo szorstkim, służbowym tonem poprosił o dokumenty. Oczywiście rozmowa była niemiła, umoralniająca, z pozycji siły i władzy. Nie miałam nic na swoje usprawiedliwienie, ale pan nawet nie dał mi dojść do słowa. Pomyślałam sobie: no to mandat jak nic, minimum 150 zł, szkoda. Pan poszedł do radiowozu, a ja dwupunktowałam. Nie wiedziałam, jak to cofnąć w czasie, nie pamiętałam z warsztatów. Ale zrobiłam, bo mówili, że każdy to umie i że zawsze wychodzi. Więc powiedziałam: to się nie zdarzyło, nie miało miejsca, cofam się o 10 minut. No i podszedł pan, ten sam, ale jakiś inny, wyluzowany i z uśmiechem na twarzy. Powiedział, że za to wykroczenie należy się mandat od 20 do 500 zł. Już po jego minie wiedziałam, że więcej jak 50 zł nie zapłacę. Jakież było moje zdziwienie kiedy powiedział, że daje mi tylko upomnienie i z rozbrajającym uśmiechem życzył nam miłego dnia. Podał mi rękę i pomachał na pożegnanie. A ja stałam bez słowa z wybałuszonymi ślipiami i gębą uśmiechniętą od ucha do ucha. Łzy mi poleciały, sama nie wiem czy z radości czy ze zdziwienia.
~ Małgosia

Miałem dziś tak komiczną i abstrakcyjną dla mnie historię, że nie wiem czy potrafię Wam ją na tyle obrazowo przedstawić, abyście choć w połowie dotknęli mojego samopoczucia, bo było to w sumie bardzo sytuacyjne. Jednak spróbuję.
Siedziałem w pracy do południa i przerabiałem samouczki AutoCad-a. To taki program do wspomagania projektowania komputerowego 2d i 3d. Jestem na samym początku mojej przygody z nim, więc wchłaniam najprostsze rzeczy i tak akurat padło na rysowanie tabliczki rysunkowej z atrybutami tekstowymi. Dokładniej chodzi o taką tabelkę na dole rysunków technicznych, w których jest umieszczona nazwa, skala, nazwiska osób zainteresowanych, itd. Doszedłem do etapu wklepywania nazwisk (konstruował, kreślił, sprawdził, zatwierdził) i lecę z panem z filmiku od góry KOWALSKI, KOWALSKI, NOWAK, NOWAK. Zatrzymałem się gdzieś pomiędzy, chyba na trójce i pomyślałem, żeby wklepać swoje - BĄK. Pojawiło się często mi towarzyszące przekonanie, że nie jestem zbyt dobry, żeby umieszczać swoje nazwisko, bo dopiero zaczynam przygodę z tym. Jeszcze wejdzie jakiś starszy konstruktor, zobaczy i wyśmieje. Tak, głupota i absurd, też tak pomyślałem, ale jednak. Dziś przynajmniej wiem, że to tylko nikomu niepotrzebne przekonanie i staram się często łamać zasady własnych, by poobserwować samego siebie. Wpisałem. Z wielką dozą zmieszania i niepewności, ale wpisałem. Dziwne to było, ale jest – BĄK. Ok, lecę dalej.
Reszta nazwisk w moim projekcie jak w tutorialu, tylko ten BĄK, jakiś nietutorialowy. Zaraz po wpisaniu prowadzący tłumaczy jak edytować nazwiska, więc ja równiutko z nim naparzam wszystko jak papużka. Dochodzimy do edycji pola ”zatwierdził” i dosłownie, to co widzę i słyszę, całkiem przestaje kumać: cytuję: “...chcemy aby to nazwisko było wstępnie ustawione oraz aby posiadało wartość domyślą, niech to będzie nazwisko np. BĄK”! A po lewej pojawia się napis: „jakakolwiek zbieżność nazwisk jest przypadkowa ;)”. YYY??? Zamurowało mnie. Rozejrzałem się wkoło, czy jakieś kamery mnie nie obserwują, których przecież nie mamy w biurze. Przypadkowa? Jak to przypadkowa? I akurat Bąk. To żadna przypadkowość.
Pierwsze, co pomyślałem to “The Truman Show”. O co kaman? Naprawdę, poczułem się dziwnie inaczej. Po chwili miałem z tego naprawdę niezły ubaw, ale zostaje pytanie, co wszechświat chciał mi przez to powiedzieć? Może to, że moje przekonania to tylko więzienie w głowie, ale przecież wiem to nie od dziś. Może wciąż zbyt mało to rozumiem. Chyba tak, skoro sam się dziś na tym złapałem. A może to, że kiedy tylko będę gotów, mogę znaleźć się w każdej równoległej rzeczywistości bez zbędnych i żmudnych przygotowań. Po prostu w błyskawicznym tempie, dostając nowe wzorce informacji, kiedy tylko naprawdę będę gotów. A może to zwykły zbieg okoliczności? Przecież ten tutorial ma kilka lat, a BĄK to przecież niezmiernie popularne nazwisko jak Nowak, czy Kowalski hahaha.
Na ostatnią odpowiedź chyba zbyt już dojrzałem i nie wątpię, że wszechświat po raz kolejny chce mi coś powiedzieć, bym wreszcie przetarł te zaropiałe oczyska, a ja z mydlaną głową staram się go trochę jeszcze ułomnie rozumieć. Ale czuję od kilku dni dość mocno podniesione wibracje. Wcześniej miałem naprawdę kiepski miesiąc, który obserwowałem ze skupieniem mnicha. Sporo się czyściło, ale wdzięczny jestem, bo to kolejny mały kroczek i kolejne piękne doświadczenie. Spokojnej nocy kochani i buziaki ślę Wam i weekendu najcudowniejszego kolorowego, bądź pastelowego, komu jaki leży!!
A może ktoś widzi to jeszcze inaczej i da mi więcej zrozumienia. Zresztą, chyba rozumiem tyle, na ile jestem gotów, a resztę zrozumiem w swoim czasie. Wszechświat już o to zadba, jeśli tylko upornie nie będę się starał stać mu na drodze jak osioł J.
~ Ja Romobonk

Wczoraj, przed pójściem spać, w hotelu zrobiłam dwupunkt w toalecie hihi. Uderzyłam się tyłem głowy tak, że w sekundzie wróciłam do realu. Czytałam, oglądałam film i wyłączyłam wszystko sądząc, że pora już spać, ale w głowie burza myśli... Wyobrażam sobie, jak wykończyć salon, jadalnię w nowym domu i tak kminię i myślę. Przyszły też myśli o tym, że jestem zbyt wymagająca wobec syna. Trwało to chyba dosyć długo, bo miałam poczucie, że nie usnęłam w ogóle. Po długim czasie zorientowałam się, że robi się jasno... Olera - pomyślałam. Ok. Mąż się obudził. Zdziwił się, dlaczego nie śpię. (Myślę, że jednak trochę spałam, ale to taki stan pomiędzy). O czwartej nad ranem przypomniały mi się słowa Kasi o myślach. Między innymi wczorajsze przypomnienie, jak wykonać dwupunkt. Ok, zacznę obserwować swoje myśli. Po chwili nie pojawiła się żadna myśl. "Jak by to było, gdybym rano wstała wypoczęta" - sama intencja - i po chwili usnęłam.
Wstałam o 9:00 ze świadomością, że jestem wyspana. Natomiast podczas tego pełnego snu, przyśniły mi się odpowiedzi dotyczące pewnych sytuacji, o których myślałam przed zaśnięciem. Rano córka słysząc od taty, że mama nie mogła spać w nocy i muszę się wyspać, narysowała dla mnie rysunek i mnie z nim powitała. I tutaj słuchajcie, szczękę zbierałam niemal z podłogi hihi. Przykład synchroniczności :). Czytam na urlopie książkę "Świątynie Światła". W skrócie, medytuję z kilkoma świątyniami egipskimi, aby skierować swoją uwagę jeszcze bardziej do wewnątrz korzystając z darów Świątyń Światła. Są to świątynie ekspansji serca - aby stać się OTWARTYM SERCEM (jak przy dwupunkcie). Czytam tą książkę powoli, bo cały proces trwa jakiś czas. Byłam już w Memfis, aby uznać swoją moc. Byłam również w Sakkarze medytując z prawem danym z urodzenia do wszelkiego dostatku i obfitości. Zatrzymałam się na Abydos, aby w pełni zaangażować się w życie. Świątynia Abydos mówi: "Jesteś wieczną istotą, kanałem dla życia. Pamiętaj o ogromie tego, kim jesteś. Świeć światłem swego blasku przez pryzmat swego życia”.
Jedna z medytacji opisuje pięcioramienną gwiazdę w taki sposób, że człowiek jest tą świecącą gwiazdą. Kojarzycie zapewne taki obraz, gdzie w pięcioramienną gwiazdę wpasowany jest człowiek. Rozkładam ręce oraz nogi i tworzę gwiazdę świecącą. Wiruję z lekkością w tej medytacji, wpasowana w tą pięcioramienną gwiazdę.
Wczoraj na basenie idę i widzę dwie takie gwiazdy - uśmiecham się do siebie. Ale to jeszcze nic. Rano wstaję a córka, sześciolatka, pokazuje mi rysunek wykonany specjalnie dla mnie. ,Zgadnijcie co to jest? Gwiazda czerwona kilkuramienna. W jej centrum poczwórne serce - pierwsze serce ma kolor żółty, w środku pomarańczowy, głębiej kolejne serce niebieskie i w centrum, najmniejsze, czerwone.
No i tak to jest - takie znaki, cuda synchroniczności, są wśród nas. Może trochę nie w temacie cudów dwupunktowych, ale myślę, czuję, że przebywanie w polu serca jednak łączy się w jedną całość w moim procesie. Życie cudem jest.
~ Mari

Trzy lata temu zdecydowaliśmy się sprzedać przyczepę kempingową, dość leciwą, ale w bardzo dobrym stanie. Potencjalni kupcy przychodzili, oglądali, macali, marudzili... za darmo by pewnie każdy wziął. I tak przez trzy sezony... Przyczepa coraz starsza, cena co rok niższa. Hmm, potrzeba jak każda inna, więc... intencja do pola, aby z zadowoleniem dla każdej ze stron przyczepa zmieniła właściciela. Nie powiem, że telefony się urywały, ale zainteresowanie zdecydowanie wzrosło. Jednak wciąż coś nie pasowało... I wreszcie zaskoczyło! Oddzwoniła przesympatyczna babka, że oglądali chyba 15 przyczep i padło na naszą, najładniejszą, najlepiej utrzymaną i jeszcze kilka naj... Poszła za zadowalającą cenę. Wszyscy zadowoleni mój mąż jeszcze się nie otrząsnął ze zdziwienia. Dziękuję i życzę niezawodnego użytkowania nowym właścicielom.
~ Danusia

Moje życie przed 9 maja 2015 roku.
Biorę tabletki przeciwbólowe na ból głowy, na ból placów, na ból zatok. Biorę tabletki normujące rytm serca, bo czasami wali jak oszalałe - ze 120 uderzeń w ciągu minuty.
Gdańsk 9 maja (1 dzień warsztatów) do dziś.
Ból głowy ustąpił. Podziały się z nią także inne ciekawe rzeczy. Ból zatok ustąpił.
Gdańsk 11 maja (3 dzień warsztatów) do dziś.
Marysia "naprawiła" moje serce. Odbyłyśmy podróż w czasie. Jestem zdrowa!!!  Moje serce jest zdrowa!!!
Gdańsk 12 maja (4 dzień warsztatów) do dziś.
Ból pleców ustąpił. Zostało odcięte, wymazane zdarzenie z mojej przeszłości, które powodowało ból pleców od szesnastego roku życia.
ODSTAWIŁAM WSZELKIE LEKI PRZECIWBÓLOWE, JA ICH NIE POTRZEBUJĘ, JESTEM ZDROWA.
ODSTAWIŁAM TABLETKI NORMUJĄCE PRACĘ SERCA.
MOJE SERCE JEST ZDROWE !!!
Teraz ja pomagam innym.
Jestem wdzięczna.
Dziękuję.
Jestem miłością.
Jestem moim dwupunktem.
Jestem w "moim domu".
~ Agnieszka

Mój tato (lat 82), uskarżał się na ból biodra. Zrobiłam mu 2p, ale niestety nie pomogło. Twierdził, że w żadne gusła nie wierzy. Woziłam go na zastrzyki przez dwa tygodnie. Trochę pomogło. Po miesiącu ból powrócił jeszcze silniejszy i do tego unieruchomiło mu staw barkowy tak bardzo, że nie mógł poruszać ręką. Dostał zastrzyk przeciwzapalny. Biedak zbolały, zdecydowany był na wszystko.
I tak mnie natchnęło... Z matrycy doskonałego zdrowia, którą każdy posiada.
Wróciliśmy od lekarza do domu. Kazałam mu położyć się na łóżku. Wyjaśniłam mu, że w nim drzemie energia uzdrowienia i tylko on ma wpływ na to, czy ona się zaktywizuje. Jest to energia boska, która uzdrawia i ma się na nią otworzyć, pozwolić by się działo, ma poczuć miłość i wdzięczność.
Patrzył na mnie jak zaczarowany, ale wykonywał wszystko, co mu poleciłam. Położył się na łóżku i skupił na odczuciach. Złapałam go za pięty. Najpierw poczułam w dłoniach pulsowanie silne, ale nierówne. Po kilku minutach pulsowanie wyrównało się. Skupiłam się na dwupunktowaniu jednocześnie odczuwając jego zdrowienie, energię i światło.
Tato poczuł gorącą falę energii od pięt po kolana, a potem do bioder. Mówił do mnie z przerwami, co odczuwa. Na jego twarzy widać było zdziwienie, skupienie, potem nawet uśmiech. Trwało to około 10 minut. Potem złapałam go obiema dłońmi pod głową. Również dwupunktowałam. Poczuł falę ciepła do obu ramion i karku. Potem położyłam jedną dłoń pod lędźwiami, a drugą pod karkiem. Połączyłam te miejsca światłem dwupunktu i tutaj poczułam największy przepływ energii. Dłonie pulsowały jak nigdy przedtem. Odczuwałam jakby energię falującą sinusoidalnie. Kiedy się uspokoiła, wyjęłam dłonie, ale przez cały czas czułam falowanie energii również w moim ciele. Podziękowałam tacie. Był pod wrażeniem. Gdy wstał, był lekko oszołomiony. Powiedział, że chce mu się spać i czuje się jak po drinku. Było około godziny 17-tej. Pojechałam do domu, po czym zadzwoniłam po 20-tej.  Powiedział mi, że spał ponad dwie godziny, ale boli go dalej.
Na drugi dzień zadzwonił około 10-tej rano z wielką radością stwierdził, "że ramię już go nie boli, może wykonywać pełne ruchy, nie wiedział, że ma córkę "szamankę" i bardzo mi dziękuje. Odpowiedziałam, że to nie ja i nie mnie ma podziękować. On na to: "no widzisz, to działa ". Zapytałam, czy mam przyjść następnego dnia. Był bardzo uradowany. Przy następnym spotkaniu tez dwupunktowałam. Włączyłam jeszcze słowa "zdrowie, miłość, wdzięczność", które przepływały przez jego ciało na wszystkie strony. Czytam teraz „Fizykę cudów Bartletta”, więc dodałam jeszcze światy równoległe. Nie wiem, jak to zadziałało i co konkretnie, ale jestem szczęśliwa, że mogłam pomóc tacie. Jest pod wielkim wrażeniem. Jesteśmy już po piątym spotkaniu "dwupunktowania energetycznego". Biodro nie chciało puścić do końca. Poszedł na zabieg akupunktury i w końcu jest poprawa. Dzisiaj powiedział: „jestem już zdrowy”. Tak się cieszę!
Jak by to było, gdybym 2p mogła uzdrawiać?
W międzyczasie przyjechał mój brat. Na ostrogę na stopie zrobiłam dwupunkt na leżąco. Energia płynęła po całym ciele z uczuciem kłucia stopy. Po trzech spotkaniach wyzdrowiał. Jest pod wielkim wrażeniem. Uczy się dwupunktu, ogląda filmy Kasi i Piotra . Odkrył, że dwupunkt nie tylko poprawia zdrowie, ale i wszystko dokoła.
~ Ala

Kochani, zdarzyło się to przed świętami Wielkanocnymi, ale wiem, że 2p zadziałał. Jak zwykle zresztą. Prowadzę z mężem sklep ze zdrową żywnością. Zamówiłam na życzenie klientów 13 kg świeżego kurczaka. Gdy otrzymałam towar, byłam przerażona. Przyjechało 58 kg kurczaka, a nie jest on tani! Nasz sklep to nie mięsny! Najpierw wpadłam w panię, ale później opanował mnie spokój, bo od czego jest 2p. I zdarzył się cud! Mój mąż nie mógł uwierzyć, że to prawda. W dwa dni kurczaki ze sklepu dosłownie wyfrunęły. I niech ktoś mi powie, że nie działa. Pozdrawiam Was kochani cieplutko.
~ Mariola

Właściwie to historia, którą chcę opisać, zaczęła się kilka miesięcy przed tym, jak dowiedziałam się o dwupunkcie... Mimo to postanowiłam wrzucić ją tutaj, ponieważ myślę, że ma to wiele wspólnego najpierw z pojawieniem się intencji, a potem z „nie nastawianiem się” na efekty i „puszczeniem (się)”.
W moim przypadku cały proces przebiegł zupełnie bezwiednie, ale najważniejsze, że zadziałało.
Dokładnie rok temu zrobiłam swoją mapę marzeń/skarbów. Ponieważ jestem osobą (nad)aktywną, uwielbiam podróże i kocham góry, na mojej mapie znalazło się wiele obrazków przedstawiających góry i przeróżne miejsca na świecie, które chciałabym odwiedzić, w tym obrazek z górą Kilimandżaro... Pamiętam, jak pomyślałam wtedy, że to pewnie bardzo odległe w realizacji marzenie albo w ogóle nierealne... Ale co tam, przykleić na mapie można, marzenia nie kosztują. Mapa w pewnym momencie trafiła do szafy, ponieważ w moim małym mieszkaniu trudno byłoby ją ukryć przed niepożądanym wzrokiem.
Tej wiosny bardzo chciałam wybrać się gdzieś w daleką podróż. Nawet początkowo planowaliśmy jakiś wypad ze znajomymi, ale ostatecznie pomysł upadł. Ja uparłam się, ze muszę gdzieś dalej wyjechać... aż w końcu zupełnie „przypadkiem” trafiłam na agencje wyprawową, która organizuje dość ekstremalne wyjazdy, w tym na Kilimandżaro... Trochę czasu zeszło, zanim podjęłam decyzję. Ostatecznie zdecydowałam się dwa dni przed ostatnim kursem dwupunktu w Szczecinie, w którym brałam udział. I wtedy sobie przypomniałam o mojej mapie... Czy ja przypadkiem tam nie umieściłam zdjęcia Kilimandżaro??? Oczywiście, że tak!
Dwa dnia temu wróciłam z wyprawy do Tanzanii. Z pomocą (już na samym końcu) silnego ramienia przewodnika i Waszą udało mi się wejść na szczyt - 6000 m n.p.m.. Podróż była szalona, kilka samolotów się poopóźniało, ale ostatecznie było fantastycznie. Trafiłam tam na interesujących ludzi, a pogoda była słoneczna (noce lodowate). Ten krótki czas w Afryce wywarł na mnie ogromne wrażenie. Kompletnie oderwałam się od codzienności. Dość dziwne uczucie pojawiło się po powrocie. Mam wrażenie, że już nie przynależę do miejsca, w którym spędziłam ostatnie 8 lat, że jestem gotowa na odejście od moich schematów, tylko nie wiem jeszcze dokąd. Poza tym, tuż przed wyjazdem zrobiłam ćwiczenie zasugerowane przez Piotra z tego forum, z książki „Pam Grout”. Byłam ciekawa, jaką „niespodziankę” może sprawić mi pole... i „dostało” 48 godzin na realizację. Oczywiście, czekałam i czekałam, a pole nic... Dopiero wchodząc na Kilimandżaro, jak o wszystkim zapomniałam, nawet o dwupunkcie, chyba do mnie przemówiło. Spotkałam tam osobę, z zupełnie innego świata (w sensie materialnym), w zasadzie wszystko nas dzieli... Ale ten ktoś wywarł na mnie duże wrażenie i wzbudził same pozytywne uczucia. Nie spodziewałam się spotkać kogoś takiego właśnie tam. Miło byłoby utrzymać kontakt z tą osobą, ale poza imieniem to nic nie wiem więcej... No to kończę, bo strasznie się rozpisałam. Pa.
~ M.

No dobrze, muszę o tym napisać. Po odpowiedziach na mojego posta pomyślałam: ok, no tak. To wszystko z braku zaufania do siebie. Więc zrobiłam 2P z intencją "ufam i polegam na sobie" :) no i poszło! A właściwie puściło! Wczoraj zrobiłam 2P: "jak by to było, gdybym miała zdrowe ciało" (z wszystkim tym, co to dla mnie oznacza)... Trzy lata temu miałam operację, w konsekwencji czego straciłam czucie prawego przedramienia i obszaru prawej łopatki (zostały uszkodzone nerwy). A ponieważ nie mogę tej ręki nadwyrężać ani uszkodzić nawet naskórka, z powodu pewnie słabszego ukrwienia, skóra zrobiła się szorstka i pokryta jakby gęsią skórką. Dzisiaj chichoczę cały dzień, nie mogę w to uwierzyć, a jednocześnie jest to oczywiste! 
Skóra jest gładka i jedwabista, szorstkość zniknęła a czucie wróciło!!! 
Fajnie :) Całusy!
P.S. Codziennie sprawdzam rękę i cały czas działa!
~ Sandra 

Mieszkam w bloku. Mam "kłopotliwych sąsiadów" z góry i z dołu. Po moich dwupunktach sąsiedzi chwila moment się uspokajają i nie są tak głośni, co mnie bardzo cieszy. W spokojnej dzielnicy mieszkam, blisko zieleni, więc po co te hałasy i nerwy dookoła. Dwupunkt działa!
Jest jeszcze jedno... Jakiś czas temu miałam uraz kręgosłupa w części lędźwiowej. Wyjechałam ze znajomymi w okolice Częstochowy pod namiot. Wraz z chłopakiem dojechaliśmy do nich w sobotę koło południa. Oni biwakowali tam od wtorku. Między dwoma drzewami rozwieszone były dwa hamaki,  jak to nazwali na "marynarskie węzły", które nie rozwiązują się same. Koleżanka spała trzy noce na hamaku i ogólnie non stop ktoś na nim leżał. Gdy przyjechaliśmy mój chłopak położył się na nim na jakąś godzinę, a ja podeszłam do niego i powiedziałam, że teraz moja kolej. Hamak po dwóch minutach się rozwiązał, a ja upadłam lędźwiami na pieniek. Przez tydzień praktycznie nie mogłam się ruszać. Ogólnie dużo dwupunktowałam przez ten tydzień. Którejś nocy nie mogłam spać. Plecy mnie bolały i nie mogłam znaleźć odpowiedniej pozycji na łóżku. Zrobiłam dwupunkt z intencją "jest mi bardzo wygodnie i mogę zasnąć bez bólu". W tym momencie dosłownie poczułam, jakby lewa półkula mózgu przestała pracować i czułam tylko pracę prawej półkuli. Z serca i z obu dłoni czułam energię, która ze mnie wychodziła i nie czułam w ogóle granic ciała. To było świetne uczucie. Przekręciłam się na lewy bok i oparłam o granice tej energii. Było mi bardzo wygodnie i w takim błogostanie pozostałam jeszcze przez jakiś czas, opierając się jakby o trójkąt wychodzący z moich dłoni i z serca, który dalej wychodził przez okno. Czułam, jak zapadam się w łóżko i wszystko drgało. Po tym wszystkim zasnęłam w wygodnej pozycji bez problemu!
~ Agata 

Poniedziałek 27.07.2015.
Jak to ja w ostatnim czasie w ciągłym biegu. Pobudka ok 6, praca, szybki obiad, budowa, powrót do domu przed 19, ekspresowa kąpiel, kąpiel młodszej córki i zmiatam do ośrodka na medytację. W zasadzie jestem spóźniony, bo zaczynamy równo o 19.45. Wsiadam do auta, jest 19.37. Mam 8 minut, by dotrzeć. Zazwyczaj przejechanie tej trasy w czasie poniżej 10 minut jest bardzo mało realne. Dawno nie bawiłem się wizualizacjami kreującymi, więc z uśmiechem i zaciekawieniem postanawiam poszaleć.
Odpalam auto i startuję. Pole serca, odczuwam wdzięczność, mam świadomość całego ciała, jak i poza nim.
Wizualizacja 1 - Wolne miejsce parkingowe. Wyobrażam sobie jedno szczególne, zaraz pod ośrodkiem, powstaje zakłócenie, gdyż w wizualizacji jest zajęte, wjeżdżam więc na miejsce zaraz obok po lewej, równie świetne.
Wizualizacja 2 - Godzina parkowania. Widzę wyraźnie 19.45. Świetnie.
Utrzymuje wizualizacje i pędzę przed siebie. Jak na tę porę dnia zaskakująco czysta trasa, jadę więc dość szybko, bo warunki zezwalają. Gdy tylko doganiam auto przede mną, ono wrzuca migacz w lewo lub prawo i skręca kilkakrotnie. Czasem wyprzedzam, bo warunki idealne. Jestem u celu, wolne miejsce parkingowe dokładnie to z wizualizacji, czyli pierwsze po lewej obok mojego ulubionego. Parkuję, zegar przeskakuje na 19.45, pod godziną na wyświetlaczu drukowanymi literami napisane "NA BOGA". Gaszę auto. Jestem wdzięczny i szczęśliwy, że droga, którą kroczę, jest tak swobodna i pełna zaufania. Niby mała rzecz, a tak cieszy!
~ Ja Romobonk

No dobra, to moje "cuda" lecą. Miejsca parkingowe to jest już obcykany temat, niemniej dla mnie nadal „kosmos”. Np. dzisiaj pod Biedronką. Widzę, że nie ma szansy na miejsce, bo jest akurat jakiś festyn. Ale przecież w trakcie myślenia, że szansy nie ma i jechania do przodu, mogę zrobić taki szybki dwupunkt... Jak by to było itp....? I jest! Jedno miejsce. Idealne. Nie musiałam hamować, okrążać, czekać. Wysiadam z samochodu i przed zakupami słucham, co tam na tym festynie grają. Jakiś uzdolniony student wyczynia cuda na akordeonie. Słońce właśnie zachodzi. Klimat, wiecie. Myślę sobie, właśnie trwa wieczór autorski Kasi, fajnie sobie więc teraz pobyć w atmosferze sztuki. Przypłynęło, jest, biorę. Rzeczy dzieją się równolegle, a ja w nich uczestniczę. Świadomość uczestniczy.
Uważność, otwartość, ciekawość. To dał mi dwupunkt w sposób permanentny. To, co kiedyś było przejawem mojego "dobrego humoru".
No i extra. Wchodzę do Biedronki, a tam pięćdziesiąt osób robi zakupy. Ale jakimś "dziwnym trafem" pan ochroniarz ma mnie na oku przez cały proces moich zakupów i ciągle się uśmiecha nieśmiało. I specjalnie, w trakcie mojego dokonywania płatności przy kasie, przemieszcza się do drzwi, żeby powiedzieć mi "do widzenia, miłego wieczoru" z szerokim uśmiechem i prawie ukłonem, jak wychodzę z siatą. A pani kasjerka, to jakaś ciocia, której nie znam? Dziwnie miło i troskliwie się do mnie odnosiła i jakaś taka pobudzona była, gdy mnie obsługiwała. Kto jest teraz szefem Biedronki? Bo dzisiaj miałam wrażenie, że ja. Szef wpadł na szybki obchód i wszyscy zadowoleni pracownicy (nie wiem, czy na co dzień są zadowoleni) byli na baczność.
Tak wygląda moje pole, mój sen. Ochroniarze i kasjerki ze snu, a śpię chyba ostatnio non stop, choć w sumie lekko senna jestem.
Teraz o wifi. Nie wiem, co jest z tym wifi w naszym domu albo z moim kompem, ale raz łapie, a raz odmawia dostępu. Wielokrotnie zdarzało się to wcześniej, ale dziś trzy razy start i restart komputer. Może złapie? Nie. Po trzecim razie myślę sobie: nie chce mi się iść restartować routera. Robię 2p. Robię, i nie myślcie sobie wcale, że jestem taka pewna efektu. Zakładam możliwość porażki, zwątpienia i załamania wiary. Traktuję to jako eksperyment. Po dwupunkcie, za czwartym razem, odpala jakby nigdy nic. Cud. Dzięki, cool! Z wdzięczności, że nie muszę łazić po chacie i resetować routera, to opiszę to na forum. Obiecałam to polu. Taki reset innego rodzaju, rozumiecie.
Ostatnia rzecz: brama wjazdowa. Odbija się, zacina, obsługiwana jest na pilota, ale czasem odbija i wraca. Trzy dni temu 2p: „jak by to było, jakby się zamknęła teraz? Zamknęła się, gites, mogę jechać. Dzisiaj trzy razy: jak by to było, jakby się zamknęła? I nic. Odbija, walczy, protestuje. Mój 2p totalne dno. Więc robię: jak by to było mieć totalny spokój z tą bramą i nie przejmować się jej odbijaniem? Relax, olew, taki fajny stan euforii, że odbijająca się czy działająca brama nie ma żadnego znaczenia. I olśnienie: dziękuję bramie za mój stan odrealnionego szczęścia. Jestem w tak dobrym nastroju, że mam to gdzieś, czy brama odbija czy się zamyka. Dziękuję polu. Wam i sobie. Ostatecznie się zamknęła i jestem w domu. W DOMU JESTEM!
~ Kinga

To już jest nuda Panie, bo o już mnie nic nie dziwi... Nawet nie robię 2p, wystarczy, że pomyślę... I pomyślałam: "jak by to było, gdyby udało się przełożyć jutrzejsze spotkanie....?” Bo jechać na drugi koniec Warszawy, gdy muszę w tym czasie być w innym miejscu, nie bardzo mi się chce. Muszę zadzwonić do faceta i przełożyć i... zapomniałam. Przed chwilą zadzwonił i słyszę: "Pani Mari, ja dzwonię, chociaż jest mi trochę głupio, ale... czy możemy przełożyć spotkanie na czwartek?" A ja mówię: „ok, tylko czy może być gdzieś bliżej? W biurze naszej galerii?" On: "jak najbardziej, może być o 9:00? :)" I tym sposobem zjadę tylko windą na dół i spotkanie się odbędzie. Normalnie koncert życzeń. Pozdrawiam.
~ Mari

Duży cud po zbiorowym 2p w Szczyrku. Po warsztatach kwietniowych bardzo chciałam dzielić się informacjami o 2p. Niestety słyszałam coś w stylu ,,taka mądra kobieta a zajmuje się takimi bzdurami''. Nawet moja rodzina prosiła mnie, żebym o tym nie opowiadała. Dałam więc sobie spokój stwierdzając, że nie wszyscy muszą być szczęśliwi. Kilkanaście dni temu wieczorem dostałam sms od koleżanki z pracy, która była już w szpitalu. U tej trzydziestoletniej dziewczyny stwierdzono guza. W lipcu miała być operowana a o drugim dziecku kazano zapomnieć. Napisała: ,,Asia może Twoje ,,czary mary,, podziałają na mojego guza? Wiem, że to ja muszę w to mocno wierzyć, ale to nie jest takie proste. Może Twój dwupunkt podziała''. Odpisałam jej, że „świetnie się składa, bo jutro jest zbiorowy 2p na zakończenie warsztatów w Szczyrku i że zbiorówki mają większą moc”. Prosiłam, żeby wtedy leżała lub siedziała i myślała, za co jest wdzięczna. Napisałam jej też to, co mówiła Kasia, że „dwupunkt to nie zawsze zniknięcie choroby, to może być pomyślność operacji lub inne korzystne rozwiązanie, które przychodzi”. Dopisałam wieczorem jej intencję na FB i następnego dnia w pracy, w łazience, robiłam z grupą w Szczyrku 2p. Przed chwilą dostałam od koleżanki sms: ,,Asia dwupunkt działa. Na konsylium z profesorem ze szpitala dowiedziałam się, że to tylko torbiel i nie stanowi przeszkód do zajścia w ciążę. Prof. stwierdził, że przy cesarce będzie to można usunąć. W ten sposób uniknę dodatkowego cięcia. Niesamowite to jest. Dzięki''. Cóż, ja też dziękuję Wam w jej imieniu.
A teraz mały cud. Wychodząc dzisiaj na plażę zauważyłam brak portfelika, który wczoraj wieczorem miałam na spacerze nad morzem. Przeszukaliśmy cały pokój i oba plecaki, ale portfelika nie było. Miałam nadzieję, że może będzie w miejscu, gdzie wczoraj wyciągałam aparat. Niestety, tam go nie było. Zresztą, przez to miejsce przeszło tyle osób od rana, że musieliby wszyscy oślepnąć, żeby go nie zauważyć. Nie było w nim dużo pieniędzy, ale sam w sobie był śliczny. Pomyślałam: trudno, powinnam bardziej uważać, dobrze że nie zgubiłam telefonu. Siedząc na plaży przypomniałam sobie historię z telefonem, którą opowiadała Kasia na warsztatach. Zrobiłam 2p na zmaterializowanie się portfelika w pokoju. Miałam ogromną ufność, że po powrocie tam go znajdziemy. Przeszukaliśmy jeszcze raz pokój. Każdy z nas po kilka razy przeszukał plecaczek, wszystko z niego wyjęliśmy i niczego nie znaleźliśmy. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że nie czułam rozczarowania. Miałam tylko nadzieję, że znalazła go osoba, która się z niego ucieszy i te pieniądze będą miały dla niej jakieś znaczenie. Wychodząc na obiad, wzięłam plecaczek, żeby włożyć do niego klucz. Skoro już był pusty to postanowiłam wysypać z niego piasek z plaży. Przechyliłam plecak i oprócz piasku, wypadł z niego mój śliczny portfelik z pieniędzmi. Zawołałam dzieci. Ich oczy zrobiły się ogromne i wszyscy stwierdziliśmy, że to cud.
~ Joanna

Podczas kolejnego, kontrolnego badania USG, wykryto u mnie guzek w lewej piersi. Strasznie się przeraziłam, bo lekarka wykonująca USG powiedziała wprost, że nie podoba się jej jego echogeniczność i że to nie wygląda zbyt dobrze. Tym bardziej, że mam powiększone węzły chłonne: prawy 19 mm i lewy 21 mm . Zrobiono mi biopsję i pobrano krew na markery.
Po tygodniu dostałam żółtą kartkę z pilnym wezwaniem na Genetykę celem powtórzenia markerów, ponieważ wynik nie był zadowalający - 78,4U/ml przy normie > 35U/ml.
Byłam przerażona, rozżalona i zła. Ciągle powtarzałam sobie, że to jakieś nieporozumienie! Ja nie mogę chorować! Muszę być zdrowa bo dzieci, mąż...itp. Co ja się nadwupunktowałam w tym temacie... Poprosiłam również na forum o 2p w tej intencji.
Pewnej nocy miałam sen na jawie - to była moja transformacja. Zrozumiałam to dopiero wtedy, gdy zauważyłam, jak bardzo zmieniło się moje myślenie. Wszystko zaczęłam postrzegać zupełnie inaczej. Zrozumiałam, że ja nic tak naprawdę nie muszę i że po prostu JESTEM ZDROWA. I taką właśnie siebie widzę!!! Przestałam myśleć o tym, co przyniesie jutro, bo nagle zaczęło liczyć się dla mnie tylko tu i teraz! Mało tego, gdy próbuję zagłębić się w przyszłość, ona jakby nie istnieje. Niczego nie oczekuję, bo wiem, że wszystko co się wydarzy będzie dla mnie najlepsze. I trwam w tym stanie aż do dziś i wierzę w to, że będę tak trwać już zawsze! Jest mi tak dobrze - że dobrze mi tak!!!
W tym błogim stanie zmierzyłam się z tym, co już się zaczęło i było nieuniknione, czy też raczej nierozwiązane do końca. Bez jakichkolwiek emocji odebrałam wyniki biopsji cienkoigłowej, która "ze względu na nietypowy obraz" zakwalifikowała mnie na biopsję gruboigłową. Pierwsza moja myśl była taka, że nietypowy obraz jest dlatego taki nietypowy, bo przechodzi taką samą zmianę jak ja ;-). Powtórzyłam też markery tego samego dnia.
Podczas drugiej biopsji zauważono, i to zupełnie przypadkiem, bo lekarce powędrowała w tą stronę ręka, że moje węzły pachowe obkurczyły się z 21 mm na 17 mm i to obustronnie do 17 mm! W przeciągu niecałych trzech tygodni od pierwszego USG. Żadnej infekcji wcześniej nie przechodziłam. Taki mały CUD!
Tydzień później jeszcze większa niespodzianka - markery spadły z 78,4 U/ml aż do 28,6U/ ml, a druga biopsja wykazała, że guzek nie jest złośliwy!!! Zalecono mi profilaktycznie jego usunięcie, co uczynię w wielką przyjemnością :-). Dla mnie to ogromny cud i jeszcze większe szczęście, że jestem zdrowa.
Pomógł mi w tym dwupunkt i oczywiście Wy, moi Kochani Kwantowi, którzy macie tak wielkie serca, pełne miłości i wrażliwości na problemy innych. I chociaż każdy jest kowalem własnego losu i ponosi pełną odpowiedzialność za swoje życie, Wasze wsparcie dodaje skrzydeł i naprawdę jest bezcenne! Dzięki Waszej bezinteresownej pomocy rośnie w ludziach niesamowita moc i dzieją się prawdziwe CUDA! Cieszę się, że mogłam ich doświadczyć. I uważam, że najlepsze, co dla siebie w życiu zrobiłam to to, że odnalazłam i poznałam niezawodną metodę na wszystko - DWUPUNKT!!!
~ Aga

Kochani! Mały cud dzisiejszego dnia.
Wczoraj późnym wieczorem przypomnieliśmy sobie z mężem, że potrzebujemy wyrobić kartę EKUZ (ubezpieczenie zdrowotne w Unii), ale mieliśmy na to tylko dzisiejszy poranek, ponieważ wyjeżdżamy w najbliższą niedzielę. Od południa były już zaplanowane kolejne, bardzo ważne sprawy (przegląd samochodu, wymiana oleju itd). Ostatnim razem spędziliśmy w NFZ ok. 4,5 godziny. Mąż już z wieczora zaczął narzekać, że chyba wyjazd trzeba przesunąć, bo nie zdążymy... Ale od czego jest dwupunkt?
Rano spokojnie, bez pośpiechu, wyszliśmy chyba ok. 10:30. Przyjechaliśmy pod NFZ (w centrum Krakowa), a miejsce do parkowania oczywiście było jedno - prawie pod samym budynkiem. Weszliśmy. Oczywiście tłumy ludzi, przed nami ok. 120 osób. To i tak nieźle. Biorąc numerek natknęliśmy się na kolegę, więc chwilę porozmawialiśmy. Stwierdził, że jest jeszcze mnóstwo czasu, więc skoczy na ciasto. Usiedliśmy w środku i spokojnie wypełniliśmy formularze. Nagle spojrzałam na tablicę z numerami, a ona jak nie zaczęła przyspieszać... Pan, który siedział obok nas, też był w szoku! Ledwo zdążyłam zadzwonić po kolegę, żeby wracał z tego ciastka, a on się mnie pytał, czy "czy ja sobie z niego jaja robię?". Był trzy numery przed nami i ledwo do nas się doczepił, bo jego kolejka przepadła!
Nie muszę dodawać, że ze wszystkim zdążyliśmy!
Pozdrawiam cieplutko.
~ Magdalena

"Kochani!!! Cuda!!! I to podwójne! Właśnie zadzwoniła kobieta, która okupowała nasze mieszkanie od pół roku, że jutro zabiera swoje graty a chwilę później syn otrzymał maila, że dostał się do Krakowa na skrzypce na studia dzienne!!! Wszystko to zdarzyło się w jednej chwili. Jestem pijana ze szczęścia! Dodam tylko, że wszystko było dwupunktowane przez Was!!! Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję!".
Mieszkanie jest już puste! Co do Maćka to zdawał najpierw do Katowic i się nie dostał. Do Krakowa musiał w tydzień powtórzyć koncert sprzed roku (inne wymagania) i właściwie nie nastawiał się, że zda, ale słyszał go jeden z profesorów w Katowicach i Krakowie. Powiedział mu, że grał o wiele swobodniej i był bardziej otwarty. Co ciekawe, w Krakowie było chyba nawet więcej kandydatów, bo około 56 a przyjęto 16 osób!
Jeszcze raz wszystkim dziękuję!!!
~ Magdalena